Piatra Mare (Wielka Skała), wraz z górami Grohotiş [grohotisz] i
Baiului wchodzi w skład większej jednostki - gór Gârbova [gyrbowa], stanowiących
południowo-zachodnie zamknięcie łuku Karpat Wschodnich. Piatra Mare,
osiągająca w najwyższym punkcie wysokość 1843m, wyróżnia się od pozostałych swoim skalnym charakterem
w partiach szczytowych. Niewątpliwą ciekawostką tych gór jest wąwóz Şapte Scari
([szapte skari] Siedem Drabin), którego nazwa pochodzi od drabin i mostków zbudowanych w najwęższym
i zarazem najbardziej spadzistym, składającym się z następujących po sobie kaskad fragmencie drogi,
poprowadzonej tym wąwozem.
Punktem wypadowym mógłby być sam Braşov, z koniecznością krótkiego dojazdu, a na południowym
krańcu Predeal. Natomiast bezpośrednio pod samymi górami leżą miejscowości Săcele
[saczele] oraz niewielkie Timişu [timisu].
W rejon Piatra Mare docieram ok. godziny 17:00 czasu polskiego (nie przestawiam zegarka, będę pamiętał,
że tutaj czas wyprzedza mój zegarek o jedną godzinę). Z głównej szosy zjeżdżam przy nieczynnym
schronisku Dâmbu Morii i kilkaset metrów wyżej lokalizuję punkt startu na dzień następny. Z góry
schodzą akurat grupy wycieczkowe - no tak, jest sobota.
Do zmroku mam jeszcze ponad godzinę; może by tak wykorzystać ten czas? Wiem, że niedaleko stąd jest
ładna kaskada Tamina, może zdążyłbym ją jeszcze dziś zobaczyć?.. Szybki powrót do głównej szosy,
podjazd kilka kilometrów w kierunku przełęczy (i miejscowości) Predeal. Znajduję miejsce, gdzie
szlak startuje z głównej szosy w góry. Bita droga zamknięta szlabanem; zostawiam więc wóz przy szosie,
wskakuję w turystyczne buty, a do plecaka wrzucam tylko puszkę piwa - zgodnie z oznaczeniami, do
wodospadu mam godzinę drogi. Powinienem ten czas jeszcze odrobinę skrócić. Stromo poprowadzony szlak
przecina kilkukrotnie drogę i po pół godzinie stoję przy tablicy opisującej kaskadę. A... gdzież ona
sama? Hmm... może wyżej? Kontynuuję podejście szlakiem - teren zaczyna się lekko rozszerzać, obawiam
się, że musiałem już tę kaskadę minąć. Już zamierzam wrócić, gdy dobiegają mnie z góry jakieś głosy.
Więc jednak w górę.
Po chwili okazuje się, że głosy oznaczają po prostu imprezę przy ładnie położonym domku. Sporo ludzi,
parę wozów, dym unosi się nad ogniskiem. Pytam o kaskadę - oczywiście, jest niżej.
- Ale teraz już za późno, nie zobaczysz jej. Zostań z nami!
Pokusa silna. Ale wszystkie graty zostawiłem w wozie. Ani śpiwora, ani ciuchów... Raptem jedno piwo -
tak na krzywy ryj?..
Dziękuję za zaproszenie, ale decyduję się wracać. Przy tablicy schodzę ścieżką, dochodzę do wąwozu
z potokiem, tu gdzieś musi być ta kaskada. Ale rzeczywiście - jest już zbyt ciemno. Szkoda. Wracam
drogą do wozu, zjeżdżam jakiś kilometr i odbijam w prawo przez mostek - tutaj spędzę tę noc. Przed
snem popijam piwko, myśląc z rozrzewnieniem o tamtej imprezie...
Budzik w telefonie budzi mnie, gdy jest jeszcze (a może już?) szaro. Podczas zwijania noclegu spadają
na mnie pierwsze krople deszczu. Podjeżdżam do znalezionego poprzedniego dnia punktu startu i... czekam.
Pada z przerwami do dziewiątej. Gdy przerwa się przedłuża - ruszam w góry.
Mają mnie prowadzić żółte paski, ale akurat widzę różne inne szlaki, a mojego - nie. Wątpliwości
rozwiewają napotkani robotnicy - tak, trzeba iść prosto tą doliną. Dalej oznakowanie już jest całkiem
przyzwoite. Mijam namioty rozbite nad potokiem i po półgodzinie napotykam niedużą, ale całkiem ładną
dwustopniową kaskadę. Jeszcze trochę i dochodzę do wylotu Şapte Scari. Jest wąziutki i od razu na
wejściu pierwsza drabinka wprowadza na pomost. Najdłuższa z drabin ma 12m długości i o ile metalowe
drabiny są w dobrym stanie, to o pomostach już tego powiedzieć nie można. Sporo desek jest wyłamanych,
tym które są - do końca nie dowierzam. Wypróbowuję, zanim stanę całym ciężarem, staram się stawiać
stopy możliwie blisko metalowej konstrukcji. Obok mnie huczy potok kolejnymi kaskadami, w paru miejscach
biorę obowiązkowy, chociaż niewielki, prysznic.
Później wąwóz się rozszerza; jeszcze przez chwilę towarzyszą mi po bokach skały, potem jest to już
zwykła dolinka, chociaż w kilku miejscach trzeba się wspomóc rękami, pokonując zalegające głazy.
Szlak wyprowadza na grzbiet tuż przy samym schronisku. Mały budyneczek, jeszcze chyba w całości nie
ukończony, a obok resztki murów poprzedniego schroniska. Nie zachodząc do środka, kieruję się
grzbietem w prawo, w stronę najwyższego szczytu. Otwierają się powoli widoki, niestety trochę zamglone.
Gdy staję na wierzchołku Piatra Mare, widoczność jest już znikoma. Czasami tylko prześwituje na północy
Braşov, a na południu Predeal. Szkoda, opadające w mgłę skały obiecują ciekawe wrażenia; czekam trochę,
potem daję za wygraną.
Przekraczam szczytowe hale w kierunku wschodnim. Tu mam więcej szczęścia - mniej wstydliwe skały nie
otaczają się chmurami tak szczelnie, czuję się odrobinę bardziej usatysfakcjonowany. Schodzę do
widocznego słupka ze szlakiem i trawersuję pod skałami z powrotem do rozstajów i dalej do schroniska.
Chmury otaczają mnie teraz z każdej strony, tylko chwilami lekko się rozrywając.
Na północ od schroniska znów mały dylemat z oznakowaniem - okazuje się, że żeby pójść grzbietem, należy
jednak najpierw wyraźnie z niego zejść w lewo. Szlak, który sprawiał wrażenie żółtego, w bliższym
poznaniu zdradzał oznaki pomarańczowego, czyli kiedyś musiał być czerwonym. Dalej oznakowanie jest
już w porządku. Ścieżka prowadzi najpierw polanami, później wąskim tunelem między drzewami. Spotykam
sporo drzew iglasto-liściastych - na choinkach zebrało się mnóstwo opadających liści. Osiągam moje
rozstaja, stąd w lewo opadają czerwone punkty, którymi zamierzam schodzić. Ale w prawo oznaczenie,
że do jaskini lodowej jest tylko 200m. Nie była uwzględniona w planach, ale skoro jest tak blisko?
Sprawdzam! Tiaaa... dojście do wylotu jaskini jest na tyle wąskie, że bez ocierania się o skały nie
da rady. Chwilka rozważań - nie, nie wiem, czy w ogóle dałoby się wejść do jaskini, nie będę się więc
przeciskał. Wracam na grzbiet i rozpoczynam zejście w doliny. Początkowo bardzo stromo - kijki oddają
cenne usługi. Potem już łatwiej, skośny trawers pod okazałymi skałami, miejscami przewieszonymi. Po
połączeniu z czerwonymi paskami, szlak wiedzie przyjemną leśną dróżką i sprowadza mnie do osady, gdzie
już czeka na mnie mój wóz.
Przy kawce studiuję mapę. Muszę się lekko cofnąć, zahaczając o rogatki Braszowa, a następnie szosą na
Ploieşti [plojeszti] w kierunku południowo-wschodnim, zjeżdżając przed miejscowością Cheia [kieja]
w lewo do schroniska Muntele Roşu ([muntele roszu] Czerwona Góra). Moim kolejnym celem są góry
Ciucaş [cziukasz].
<<== wcześniej: Prolog
później: Ciucaş ==>>
galeria: Piatra Mare
Powrót do menu