Your Ad Here
Relacja

Piatra Craiului

Piatra Craiului tworzy praktycznie jeden grzbiet, przebiegający z południowego zachodu na północny wschód, gdzie załamuje się, by opaść w kierunku wschodnim. Na południowy wschód wypuszcza kilka krótkich, bocznych, trawiasto-skalnych grzbietów, ginących w połoninowatych zboczach, w przeciwną stronę natomiast prezentuje się imponującą, skalną granią, na przestrzeni kilkunastu kilometrów nie schodzącą poniżej 2000m.
Najwyższy szczyt, według różnych źródeł wznoszący się na wysokość od 2237 po 2244m, nosi różne nazwy: Piatra Craiului (Królewska Skała), La Om (U Chłopa) oraz Piscul Baciului ([piskul bacziuluj] Szczyt Bacy).
Z jednej strony góry te zaliczane są jeszcze do tzw. Karpat Zakrętu, z drugiej strony - wraz z całą grupą fogaraską - stanowią jeden z liczniej odwiedzanych rejonów Karpat Południowych. Dobrymi punktami wypadowymi są miejscowości Zârneşti [zyrneszti] oraz Şirnea [szirnja] po wschodniej stronie masywu, oraz leżące w szerokiej, płaskiej dolinie Bârsa [byrsa], łatwo osiągalne z Zârneşti, schronisko Plaiul Foii - po stronie zachodniej.
Oprócz paru schronisk, usytuowanych w pewnym oddaleniu od głównego grzbietu, w górach znajduje się kilka schronów turystycznych - również na samej grani. Niestety, na ogół w kiepskim stanie.

Do schroniska Plaiul Foii dojeżdżam przed ósmą polskiego czasu. Na szczęście, droga jest w miarę w dobrym stanie, ale i tak wóz mocno podskakuje przy prędkości powyżej 40km/h. Schronisko prezentuje się z zewnątrz elegancko. Nie mam możliwości sprawdzenia, jak wygląda w środku, bo... jest zamknięte na głucho. Przygotowuję prowiant na drogę, pakuję plecak, wcinając w pośpiechu śniadanie. W tym czasie coś się zmienia - pojawia się dym znad komina i otwierają się drzwi schroniska. Już gotowy do drogi, zachodzę tam jeszcze raz. Za barem młody chłopak - nie zna prognozy pogody. Pytam również o oznakowanie ścieżki na szczyt Ascuţit [askucit], którą chętnie bym wybrał, jako wariant podejściowy. Bezradnie wzrusza ramionami - mam czekać na szefa, by się czegoś dowiedzieć. Tyle czasu nie mam; na szczęście, przynajmniej jedną sprawę załatwiam - zostawiam do naładowania akumulator aparatu fotograficznego.

Postanawiam skierować się w dół doliny i skręcić w góry pierwszą, oznakowaną ścieżką. Tak trafiam na żółte trójkąty, prowadzące do schronu Diana; czyli mam już odpowiedź na moje pytanie - nie ma oznakowania (a być może nawet i ścieżki) na Vf. Ascuţit. Podchodzę doliną Urşilor ([urszilor] Niedźwiedzi), ale żaden miś nie wychodzi mi na spotkanie. Droga jest bardzo stroma, wszystko jest mokre i oślizłe; ja również szybko staję się mokry, jako że próbuję szybkim krokiem nadrobić zaległości czasowe. Od polanki, na której stoi schron Diana - typowy, kosmiczny schron Salvamontu - teren nie jest już tak bardzo wilgotny, ale nadal nie jest banalny; osuwający się spod stóp piarg spowalnia marsz. Na początku podejście ułatwiają drewniane szczebelki, zatrzymujące drobne kamienie - dalej ich już nie ma; raz po raz zdarza się, że robię krok tylko po to, by się obsunąć i znaleźć ponownie w punkcie wyjścia. Wiele kamieni tylko czeka na impuls, by zrealizować marzenie o przeprowadzce w niższe rejony. Gdzie się da, łapię się skały, niestety, nie wszędzie jest to możliwe.

Trudy wspinaczki nagradza widok zarówno na strzeliste skały po obu stronach, jak i za siebie - na dolinę, oświetloną promieniami słonecznymi oraz na góry ponad nią.
Po dotarciu na małą przełączkę w bocznej grani, ścieżka staje się o wiele łatwiejsza. Teraz już bez żadnych problemów, wygodnie i szybko osiągam szczyt Padinei Popii - mój pierwszy wierzchołek w głównej grani. Niestety, okazuje się, że w międzyczasie całą wschodnią stronę masywu opanowały bez reszty mlecznobiałe chmury. Widoki roztaczają się jedynie na zachód i północ - na stronę doliny, z której właśnie się wspiąłem i na góry, wyrastające poza nią: Iezer-Papuşa [jezer-papusza] i Făgăraş [fagarasz].

Bez zbędnego ociągania ruszam główną granią. Ma ona tutaj charakter wąskiego grzbietu trawiasto-kamiennego, pod który podchodzi porastająca obydwa zbocza kosówka. Ścieżka prowadzi to samym grzbietem, to znów lekko trawersując bardziej strome uskoki. W trudniejszych miejscach zainstalowana jest stalowa lina. Oglądam się za siebie - pięknie się prezentuje boczna grańka, pod którą widać moją ścieżkę wejściową. Chwilami, chmury pokrywające wschodnie stoki, wdzierają się wyżej i biorą we władanie cały grzbiet; po chwili jednak cofają się, pozwalając wciąż cieszyć oczy widokami, rozpościerającymi się po mojej prawej ręce. W którymś momencie, podczas rejterady kolejnej chmury, wyłania się blisko mnie stadko kozic. Zastygam w bezruchu, kiedy jednak robię krok naprzód, kozice ewakuują się w pośpiechu na strome w tym miejscu, skaliste zbocza bocznej grani.

Wprawdzie ścieżka nadal w sporej części jest trawiasta, a kosówka jest częstym kibicem mojego samotnego rajdu, to jednak zachodnie zbocza coraz bardziej przybierają postać skalnych ścian. Tak osiągam Vf.Ascuţit, gdzie stoi kolejny schron. Jest w odrobinę lepszym stanie, niż poprzedni - można nawet usiąść. Dobre miejsce na piknik.
Dalsza trasa nadal wiedzie na ogół granią, oznakowanie jest bardzo dobre. Często widzę wydeptaną ścieżkę, która trawersuje po lewej stronie spore odcinki grani. Mnie ona nie skusi - staram się jak najczęściej iść samą granią, gdyż widoki na skaliste urwiska po prawej są dla mnie większą atrakcją, niż trawiaste zbocza po lewej, a poza tym... w ogóle widoki są. Lewe, wschodnie zbocza pokrywają uparte chmury i tylko przez krótkie chwile daje się tam cokolwiek dojrzeć.

Mimo, iż z upływem czasu mgła coraz częściej i skuteczniej ogarnia całą grań, powoli przelewając się przez nią na drugą stronę, to gęstość wymalowanych znaków chroni przed wszelkimi wątpliwościami, co do przebiegu drogi. Grań miejscami wąska i stroma, chwilami przybiera postać płaskich, kamiennych płyt, a czasem rozszerza się w skalne, poszarpane labirynty. W zupełnej mgle dochodzę do najwyższego wierzchołka - na tabliczce nazwa "Piscul Baciului". Nie ma sensu dłużej się zatrzymywać; schodzę w kilka minut do przełęczy, gdzie stoi następny schron. Nawet nie myślę już o kontynuowaniu drogi granią - nie ma chyba wielkich szans na lepszą widoczność.

Zejście z przełęczy od samego początku jest bardzo ciekawe - trasa wiedzie stromym żlebem. Tylko przez moment pod stopami chrzęści piarg; już po chwili stąpam po skałach, tylko odrobinę zwilgotniałych od otaczających mnie chmur. Żleb jest w kilku miejscach podcięty stromymi, prawie pionowymi progami - zdecydowanie przydają się ułatwienia w postaci stalowej liny, na ogół (chociaż nie w każdym przypadku) solidnie zamocowanej. W paru innych miejscach, gdzie jej nie ma - też by się przydała. Ginące we mgle, pionowe, a miejscami przewieszone ściany wywierają spore wrażenie. Droga jest naprawdę wspaniała! Tyle, że bardziej nadaje się na wspinaczkę, niż na schodzenie. Ale nie mam wyboru - wszedłem inną trasą, a tą już muszę zejść.

Kiedy żleb zaczyna się rozszerzać, poszerza się również horyzont widzenia - schodzę poniżej dolnego pułapu chmur. Żleb się rozczłonkowuje i gdy szlak skręca w jego prawą odnogę, ukazuje się moim oczom cały system skalnych okien. Okna są zarówno jedno pod drugim, jak i jedno za drugim. Podchodzę coraz bliżej, zmieniając perspektywę ich widzenia. Ale dopiero, gdy zejdę niżej - znów czepiając się zamontowanych lin stalowych - i spojrzę na nie od dołu, dowiem się, że rozciągają się i w trzecim wymiarze. Niespotykany kaprys natury!

Teraz już zwykłą ścieżką do schronu Şpirla [szpirla], gdzie zrzucam plecak i spożywając posiłek, podziwiam coraz lepiej widoczną grań Królewskiej Skały. Chmury się stopniowo rozwiewają i gdy już schodzę w dolinę, cała grań dumnie się pręży w promieniach zachodzącego słońca.
Dochodzę do głównej drogi, biegnącej doliną i co widzę? Wóz na polskich numerach - TPI. Pasażerowie zapewne gdzieś w górach. Stąd jeszcze jakieś dwadzieścia minut i zamykam pętlę. Odbieram naładowany akumulator w schronisku - chłopak, z którym rano rozmawiałem, teraz w nienagannym stroju kelnera, w kamizelce i muszce. Ściągam plecak, zmieniam buty, patrzę na mapę. Za chwilę zapadnie zmrok, więc trasę przejadę już po ciemku. Muszę zjechać do Zârneşti, a potem przez Bran do Câmpulung [kympulung]. Tam odbiję w prawo w kierunku jeziora zaporowego, na którego przeciwległym końcu stoi schronisko Voina [wojna]. Ale zanocuję jeszcze nad jeziorem i dopiero rano podjadę pod schronisko, by ruszyć w kolejne góry - Iezer-Papuşa.

<<== wcześniej: Bucegi         później: Iezer-Papuşa ==>>

galeria: Vf.Padinei Popii - Vf.Ascuţit
galeria: Vf.La Om (Piscul Baciului) - Ref.Şpirla

Powrót do menu