Już w nocy docierają do mnie odgłosy kropel spadających na namiot. Gdy rano odzywa się budzik, tylko
go gaszę i śpię dalej. Kolejne przebudzenie - wciąż pada. Dosypiam jeszcze do jedenastej i wygrzebuję
się z betów. Wyglądam na zewnątrz - świat otulony szczelnie mgłą, tropik zupełnie mokry. Siąpi
kapuśniaczek. Nie chce mi się zwijać mokrego namiotu - poczekam.
Po śniadaniu zagłębiam się w lekturze, wreszcie mam solidne uzasadnienie dla dociążenia plecaka książką.
Dojrzewam do kolejnego posiłku, po czym wracam do lekturki. Wciąż pada. Czas płynie, zakładka w książce
zmienia położenie, pora by znowu wrzucić coś na ruszt. Deszcz bębni o namiot. Wracam do książki, ale
słyszę, że słabną odgłosy kropel. Nic z tego - nadchodzi nowa fala deszczu.
Teraz przerwy pojawiają się co jakiś czas. Ale zanim gałęzie sosen zdążą zrzucić na mnie nadmiar wody,
pojawia się nowa dostawa. I tak jeszcze kilka razy. W pewnym momencie cichnie wszystko. Wyściubiam nos
na zewnątrz - lekko się przejaśnia i widać nawet sąsiednią górę. Szybko zaczynam się pakować. Kiedy
plecak już gotowy i zabieram się za zrolowanie karimaty... zaczyna padać ponownie. Nic z tego.
Zabieram się znów za książkę, ale szybko ogarnia mnie chłód. Wyciągnąć znów wszystko i wskoczyć do
śpiwora?.. Nieee, to byłby rodzaj kapitulacji. Ubieram się cieplej i czytam dalej. Chłód narasta.
Śpiwór? Nie! Stanowczo, nie! Jeśli go wyciągnę, to już chyba zostanę tu na następną noc. Wkładam na
siebie kolejne ciuchy. Bębnienie kropel o tropik skłania mnie do małej drzemki. W połowie przez sen,
w połowie na jawie - dociera do mnie monotonny szum deszczu, potem szum maleje, odgłosy kropel
stopniowo coraz rzadsze i coraz rzadsze... Ustało!
Wyglądam z namiotu - jest jaśniej, chociaż wszystko zamglone. No, to szybko! Ściągam z siebie część
rzeczy, wrzucam do plecaka, wyskakuję na zewnątrz. Próbuję zebrać z tropiku chociaż część wody, ale
i tak jest całkiem mokry. Zwijam namiot, by jak najmniej go zamoczyć, pakuję osobno namiot, osobno od
folii tropik - gotowe. Zaczyna kropić deszcz, ale już ściągam ostatnie paski, wkładam pelerynę i ruszam
w trasę. Jest 17:15 - pora zacząć dzień.
Widoczność sięga kilkudziesięciu metrów, kapuśniaczek siąpi - nie jest źle. Droga prowadzi grzbietem.
Po chwili skręca trawersem w prawo, a w górę od niej odchodzi wąska ścieżka. W tych chmurach i tak
niczego nie zobaczę, skoro więc nie zależy mi na wierzchołku, korzystam z trawersu. Dalej droga
sprowadza w dół szerokim, zalesionym grzbietem. Gdy mijam dżipa z leśnikiem w środku, pozdrawiam go
i pytam, gdzie można kupić w pobliżu chleb. Okazuje się, że dopiero na dole w wiosce, jakieś 8km stąd.
Hmm...
Docieram na przełęcz, gdzie stoi tabliczka z oznaczonym kierunkiem drogi prałata Hita. Sprawdzam na
mapie - tak, mam ją tutaj. Tyle, że ona od razu odbija mocno w lewo, zawracając mnie z obranego
kierunku. Z góry zjeżdża poznany leśnik i widząc mnie nad mapą, pyta czy wiem, gdzie jestem. Wydaje
mi się, że wiem, ale kierunek mi się nie podoba. Leśnik wyjaśnia, że dojdę tędy na przełęcz Guadarrama
i tam również - w restauracji - mogę kupić pieczywo. Ruszam więc tą drogą, ale nie podoba mi się
ukształtowanie terenu. Skoro skręciłem w lewo, to powinienem mieć grzbiet po prawej ręce, dolinę po
lewej, a mam... dokładnie na odwrót. Wyciągam kompas, a on mi mówi, że idę na południe - więc niby
dobrze. Zaczynam coś podejrzewać. Kiedy otwiera się polana z widokiem, wiem już wszystko. Powinienem
był jednak wziąć tamtą ścieżkę na pierwszy szczyt dzisiejszej trasy, bo droga sprowadziła mnie na
zachód z głównego grzbietu. Cóż - nadłożyłem drogi.
Między drzewami dostrzegam już szosę na przełęcz, kiedy drogę zagradza mi wysoka brama. Postanawiam
pójść w górę wzdłuż płotu - gdzieś się jakaś dziura trafi. Buty moczą się w wysokich trawach, drobne
młaczki chlupią pod stopami a dziury nie ma. Wreszcie lituje się nade mną jakieś drzewo, które -
przewrócone na płot - zaprasza na mokry pień. Udaje mi się z niego nie spaść i ostatnie kroki na
Puerto de Guadarrama, zwaną też Alto de Leon, stawiam już po szosie.
Restauracja czynna, kupuję więc bagietkę i piwko. Popijam i oceniam wielkość bagietki. Nie jest ogromna,
ponawiam więc zamówienie i wysyłam radosny sms do kraju - chleb jest, deszczu nie ma, życie jest
piękne! Wychodzę z knajpy - pada.
Mijam bunkier, ale brudny - nie zachęca do spędzenia w nim nocy. Przechodzę przez pierwszy szczycik i
na przełączce za nim znajduję na czyjejś łące całkiem ładne miejsce pomiędzy pojedynczymi choinami.
Udaje mi się rozstawić namiot, nie mocząc go zanadto. Zanim pójdę spać, niebo się trochę wypogadza i
w ciemnościach pobłyskują znów na horyzoncie światła Madrytu.
<<== wcześniej: Dzień 6
później: Dzień 8 ==>>
galeria: Alto de la Penota - Cerro del Mostajo - Pena del Cuervo - Puerto de Guadarrama
galeria: Puerto de Guadarrama - Cabeza Lijar - Cerro de la Salamanca - Collado Hornillo
Powrót do menu