Your Ad Here
Relacja

Wysokie Taury: Großvenediger, Hoher Zaun

Wysokie Taury (Hohe Tauern) stanowią centralną krainę Alp Wschodnich. Mieszczą się prawie całkowicie na terenie Austrii, jedynie niewielki ich fragment - Riesenfernergruppe - leży częściowo na terenie Włoch. Zajmując część głównego grzbietu alpejskiego, od zachodu graniczą z Alpami Zillertalskimi (Zillertaler Alpen) a na wschodzie z Niskimi Taurami (Niedere Tauern) oraz Alpami Noryckimi, składającymi się z licznych, mniejszych grup górskich, z których z Wysokimi Taurami bezpośrednio graniczą Gurktaler Alpen.

W Wysokich Taurach wyróżnia się główne gniazda górskie: Venedigergruppe, Glocknergruppe oraz Goldberggruppe a ponadto szereg pomniejszych, takich jak Ankogelgruppe, Lasörlinggruppe, czy Schobergruppe. Najwyższym szczytem jest Großglockner (3797m), stanowiącym jednocześnie najwyższy wierzchołek Austrii. Góry te są dosyć silnie zlodowacone, tutaj znajduje się największy lodowiec Alp Wschodnich - Pasterze.

Zachodnią część Wysokich Taurów zajmuje Grupa Venedigera z najwyższym szczytem Großvenediger (3666m). Sensowne dojścia w jego rejon możliwe są od północy, wschodu oraz od południa, z czego te pierwsze wymagają wielogodzinnego przejścia długimi dolinami. Oparcie dla działalności górskiej mogą stanowić liczne schroniska, z których niektóre czynne są również poza sezonem letnim, najczęściej od połowy marca do połowy maja.
Poruszanie się w rejonie podszczytowym wymaga wzięcia pod uwagę znajdujących się tam szczelin lodowcowych. W warunkach zimowych wiele z nich jest szczelnie zakrytych śniegiem, niemniej nawet wtedy nie należy zapominać o ich obecności.


Na Grossvenediger mieliśmy zamiar wejść już rok wcześniej. Ale wtedy - po zdobyciu Grossglocknera - musieliśmy wracać z powodu załamania pogody. Tym razem, w tym samym dwuosobowym składzie postanowiliśmy zacząć właśnie od niego.

Aż za Lienz dojazd analogiczny, jak w roku poprzednim. Ale tym razem mijamy zjazd na Kals i w Matrei odbijamy na zachód. Do Hinterbüchl dojeżdżamy późnym popołudniem. Przy drogowskazie dla Venedigertaxi rozpoczynamy podjazd wąską dróżką i parkujemy przed samym zakazem ruchu. Szybkie przygotowania do startu; Bercik do plecaka przytracza narty, ja do swojego - rakietki. Gotowi do marszu. Zjeżdżający z góry, po sam dach ubłocony jeep z łańcuchami na kołach zatrzymuje się przy nas i kierowca tłumaczy, że możemy podjechać wyżej. Upewnia się, że mam napęd na cztery koła a ja z kolei wskazuję na zakaz ruchu. Mogę?? Tam wyżej jest parking - pada odpowiedź.

Cóż, pakujemy się z powrotem do wozu. Podjazd staje się teraz ciekawszy - lawirując po błocie rozjeżdżonym ciężkim sprzętem przejeżdżamy przez teren kamieniołomu. Za nim szlaban z zakazem ruchu - otwarty. A więc jeszcze w górę. Na szerokim zakręcie stoi zaparkowany samochód. OK., niech to będzie ten parking.
Teraz szybko już zapada ciemność, a my zostawiając błoto za sobą, ruszamy zasypaną śniegiem drogą z wydeptaną na niej ścieżką. Po przejściu na prawą stronę potoku i wzniesieniu się ponad dno doliny, zaczynam coraz częściej zapadać się w śnieg. Zakładam rakietki na nogi. Bercik wskakuje na narty i zanim jestem gotów do drogi, już go nie dostrzegam poprzez mgłę i ciemności. Chwilami tylko miga mi jego czołówka. Mimo że targa ze sobą linę, porusza się szybciej.

Po jakimś czasie mgła opada i dają się dostrzec w dali światła schroniska. Ale to jeszcze kawałek. Dochodzimy do niego po dwóch godzinach marszu. Super! Jeszcze nie ma dziesiątej - będzie z kim porozmawiać o noclegu. Wchodzimy na jadalnię, zwracam się z pytaniem o nocleg i wtedy się okazuje, że mój e-mail, wysłany kilka dni wcześniej - dotarł do nich. Mamy spanie przez najbliższe trzy noce, mimo że już w następną noc schronisko ma być kompletnie zapełnione. Ale dziś jeszcze mamy dziesięcioosobowy pokój wyłącznie dla siebie.

Rano wyruszamy jako jedni z ostatnich. Bercik od początku na nartach, ja najpierw tuptam tylko w butach, dopiero później - kiedy nogi zaczynają wpadać w śnieg zbyt często - zakładam rakiety. Chyba wybieram najmniej odpowiedni moment; właśnie zaczyna się dosyć stromy trawers i próbuję się nim wznosić wzdłuż śladów narciarzy. Niestety, zbyt duże nachylenie i obsuwam się. Nie mam wyjścia. Ostrożnie obniżam się do niżej biegnących śladów rakietników, ostatnie kroki i nagły ślizg. Nic to, otrzepuję spodnie i teraz już spokojnie do góry. Do nieczynnego w zimie schroniska Defregger Haus docieram znacznie później niż Bercik. Dziś ja niosę linę; trochę mnie korci, żeby zaproponować zmianę - mamy już połowę wysokości. Ale nie - dam sobie radę, mamy jeszcze sporo czasu.

Po odpoczynku w Winterraum'ie (pomieszczenie zimowe) czas w dalszą drogę. Chmury przesłaniają cały widok. Czy jest sens pchać się dalej? Może zostawić Venedigera na jutro?..
Nie! Może pogoda się jeszcze poprawi. Podchodzimy na małą przełączkę. Teraz długi paski trawers, po czym dalsza trasa ginie we mgle. Wiemy, że od tej chwili pod nami szczeliny. Wiązać się?.. Chwila rozważań - teren sprawia dosyć bezpieczne wrażenie. Żadnych zespołów linowych też nie widać. Lina zostaje w plecaku, w rękach nadal kijki zamiast czekana. Wkraczamy w zupełnie biały świat.

Po odpoczynkowym trawersie mozolimy się na zakosach wyprowadzających na Rainertörl. Po drodze mijamy siedzącego narciarza.
- Nie zimno tak Panu?
- Nie chce mi się w tych chmurach. Czekam, aż się to rozwieje.

My nie czekamy. I słusznie - powyżej coś zaczyna się przerywać. I nagle pojawia się przed nami śnieżny szczyt Wielkiego Wenecjanina a w tyle zaczyna się otwierać daleki widok na wschód.

Z góry zaczynają zjeżdżać narciarze. Po chwili mija mnie grupa na rakietach śnieżnych, porządnie powiązana liną. Jeszcze trochę tego podejścia jest. Teraz ja zostawiam Bercika nieco z tyłu. Nie wiem, jak długo będzie tej widoczności - spieszę się. Ostatnie metry, to eksponowana grańka i trochę gimnastyki, żeby się dostać na sam wierzchołek. Nie ściągam rakiet, ale idę bardzo ostrożnie. Jest! Chmury przesłaniają wprawdzie południową stronę widnokręgu, ale reszta górskiego świata prezentuje się pięknie. Sesja zdjęciowa.

Dochodzi Bercik. Tak jak większość narciarzy, ściąga deski przed wierzchołkiem. Zamienia na raki. Pamiątkowe zdjęcie i ruszamy w drogę powrotną. Teraz góry należą już tylko do nas - nie ma nikogo innego. Bercik na nartach jest w stanie bardzo szybko zjechać do schroniska, ale nie chce mnie zostawiać samego. Tłumaczę, że niebezpieczeństwa praktycznie nie ma, wszędzie sporo śladów po narciarzach, nic mi się nie przytrafi. Nie ma sensu, żeby czekał.
Udaje mi się go przekonać i wkrótce śmiga w dół. Zostaję sam na sam z górami...

Wracam tą samą trasą, tyle, że z wielu zakosów mogę rezygnować. Rakietki dobrze się sprawują nawet na w miarę nachylonych stokach. Mokry o tej porze dnia śnieg robi swoje i wkrótce czuję wilgoć w butach. Ale teraz już tylko w dół. Chmurki przetaczają się w różne strony i coraz bardziej odsłaniają południowe kierunki. Napawam się widokami. Pięknie rysuje się przede mną Weißspitze - może nasz cel w kolejnym dniu?.. Zza niej wyłania się coraz częściej Hexenkopf, a dalej w prawo piramidka Zopetspitze. Aż się nie chce wracać do schroniska.

Ale czas płynie. Odpoczywam na ławce przy Defregger Haus, wystawiając twarz do słońca. Dopiero później poczuję, że tego już nie należało robić, ale w tej chwili popołudniowe słońce tak miło grzeje...
W dalszej drodze towarzyszą mi z lewej poszarpane turniczki w grani Zopetspitze. Często zerkam w prawo za siebie, czekając aż ponownie odsłoni się wierzchołek Großvenedigera. Udaje mi się go w pełni zobaczyć dopiero krótko przed osiągnięciem schroniska, a już na sam koniec, przy samym schronisku, mam okazję podziwiać szczyty w grupie Lasörling, oświetlone skłaniającym się ku zachodowi słońcem.

Kończy się piękny dzień. Bercik już od dwóch godzin na miejscu, odsypia krótką noc. Teraz pora na jakąś gastronomię. Oraz na zaplanowanie dnia następnego. To, co było tu dla nas najważniejsze - już mamy zrobione.

----------------------------------------

- Dokąd dziś? - pytają nas rano.
- Hmm... Weißspitz, Hoher Zaun, Kristallwand... coś z tych rzeczy - sami do końca nie wiemy. Najbardziej ciągnie nas na Biały Szczyt (Weißspitz). Ładnie się poprzedniego dnia prezentował. Zobaczymy.

Startujemy podobnie jak wczoraj, by później odbić w którymś miejscu w prawo do dolinki pod Weißspitz. Już od początku się rozdzielamy - ja idę po wczorajszych śladach, gdzie miejscami słońce zdążyło już wytopić śnieg do trawek i kamieni, a Bercik podąża za innymi narciarzami śladem wciąż jeszcze równo zaśnieżonym. Wyżej się łączymy i zaczynamy szukać dogodnego miejsca, by dołączyć do naszej dolinki. Niestety, wyszliśmy sporo ponad dno doliny i wiązałoby się to z niepotrzebną stratą wysokości. Co robić? Decydujemy się powtórzyć odcinek aż do Deferegger Haus i tam zadecydować o dalszej trasie. Bercik zawraca zakosem do wydeptanych szlaków, ja postanawiam sforsować strome zbocze. Przyznaję, ciekawie się idzie - rakietki w takich momentach spisują się świetnie!

Nie powtarzam błędu z poprzedniego dnia, kiedy to mordowałem się na stromym narciarskim zakosie, tylko grzecznie podążam za śladami innych rakietników. Na ławce przed schroniskiem czekam na Bercika - dziś on jest liną obarczony i idzie mu się gorzej. Czy ta lina się w ogóle przyda? Nie wiadomo, ale wyruszać bez niej byłoby ryzykownie.
Po chwili siedzimy już razem i rozważamy różne możliwości. W końcu wybieramy... Wysoki Płot (Hoher Zaun). Jest wyższy od Weißspitz. Stąd go wprawdzie nie widać, więc nie wiemy, czy jest równie atrakcyjny. Ha! Dowiemy się wkrótce.

A więc - jeszcze trochę śladem z wczoraj. Do przełączki. Siedzi tu grupka narciarzy. Teraz przed nami piętrzy się skalna turnia, prawie po samą grańkę otulona śniegiem. Stromo. Mógłbym obejść dołem, ale szkoda zrobionej wysokości. Ruszam więc w górę, ale już po chwili zaczynam się obślizgiwać. Zlatuję parę metrów w dół, ale udaje mi się obrócić przodem do stoku i wyhamować, wbijając dłonie i zęby rakiet w śnieg. Kijkami nawet nie próbuję - doświadczenie nauczyło mnie, że to najlepszy sposób na ich gięcie, tudzież łamanie. Ostrożnie, powoli wydobywam się z trudnej sytuacji i podchodzę pod samą grańkę. Co robić?.. Ja mógłbym pójść granią, ale Bercik na nartach już nie. On mógłby trawersować. Odwracam się. Nie bardzo chcę się wydzierać. I tak musiałem już zrobić z siebie niezłe widowisko. Wzdycham i wracam na przełączkę. Spróbujemy dołem.

Jest ciepło i śnieg już rozmięka w promieniach słońca. Cięższy o przejętą od Bercika linę, wycinam w dziewiczym śniegu głębokie ślady. Pionierska robota.
Wznosimy się powolnym trawersem po olbrzymim białym zboczu. Wiemy, że gdzieś po lewej ręce wznosi się nasz wierzchołek, ale go nie widzimy. Czuję się, jakbym wędrował po olbrzymim białym wielorybie. Szczerze?.. Zaczyna mnie ta trasa nudzić. Kolejna narada. Rezygnujemy z wejścia na Hoher Zaun - góra jakoś nie potrafi nas zachęcić. Więc co teraz? Pójdziemy dalej wznoszącym się zakosem i dołączymy do widocznych w dali śladów, którymi zejdziemy pod Weißspitz. Mijają kolejne kwadranse i powoli wyłania się przed nami olbrzymie białe zakole. Ponad nami wciąż ta sama, niczym nie zakłócona biel. Właściwie, dalsze wznoszenie się w ten sposób nie ma żadnego sensu. To co - wracamy? Ale będziemy za wcześnie w schronisku...
- Idziemy na Hoher Zaun - decyduje Bercik. Mówi poważnie?? Przecież już go zdążyliśmy zostawić za sobą...
Poważnie. Dobra, Bercik zawraca zakosem w lewo, ja w rakietkach staram się po największym gradiencie odnaleźć możliwą linię wierzchołka. Rozpoczyna się długa, mozolna wędrówka przez biały świat.

Co jakiś czas przystaję, wyrównując oddech. Bercika nie widać. Długi czas nic się praktycznie nie zmienia. Świat przede mną przesłania mi wciąż mój wieloryb.
Sprawdzam czas - jeszcze możemy spokojnie pchać się do przodu. Wreszcie krajobraz zaczyna się zmieniać. W końcu widzę przed sobą cypelek. Jest ta nasza sierota - Wysoki Płot. Owszem, spory - 3451m. Zmęczony bardziej psychicznie, niż fizycznie, docieram na wierzchołek. No i czeka mnie nagroda - tuż obok mnie turnie Rainerhorn i Schwarze Wand, pomiędzy nimi ginący coraz bardziej w chmurach Großvenediger, dalej na prawo otwarte szczeliny w kierunku Neue Pragerhütte. A na wschód i południe... coś wspaniałego! Horyzont oddalił się niepomiernie. Na pd.-wsch., ponad innymi szczytami króluje Großglockner. Wreszcie udało się zobaczyć nasz szczyt sprzed roku.

Systematycznie zaczynam wkładać na siebie kolejne warstwy ubrania. Teraz je doceniam. Od północy zbliża się zimny front i jego podmuchy są już wyraźnie odczuwalne.
Dochodzi Bercik. Jeszcze parę fotek i zaczynamy odwrót. Podobnie jak w dniu wczorajszym, Bercik przejmuje linę i zaczyna zjazd. W chmurach, które otoczyły naszą górę, ruszam na wyczucie w kierunku południowym. Zaczyna sypać śnieg.
W którymś momencie dostrzegam mojego kumpla. Nie spieszy się. Jestem mu w duchu wdzięczny, że na mnie czeka. Jakoś było mi trochę nieswojo - zupełnie samemu, w kiepskiej widoczności, ze świadomością szczelin pode mną...

Teraz już poruszamy się wspólnie - Bercik napawa się zjazdami i czeka na mnie, ja staram się nie opóźniać marszu. W dół idzie się zupełnie lekko.
- Co tak biegniesz? - rzuca ze śmiechem.
Pogoda bawi się z nami w ciuciubabkę - raz sypie śnieg, to znów świeci piękne słońce. Okazja do porobienia fajnych fotek. Spod Weißspitz spoglądamy na nią z uznaniem. Warto tu przyjść. Chociaż z tej strony podejście na przełączkę pod nią wiąże się z niezłym wysiłkiem. Cóż... innym razem.
Zagłębiamy się w dolinkę, która doprowadzi nas do samego schroniska. Przechodząc pod turniami Zopetspitze, mam w oczach rosnącą coraz bardziej grań, która od Hoher Geiger odgałęzia się na południe. Jeszcze raz sprawdzam wzrokiem przejście przez nią w kierunku schroniska Essener-Rostocker. W zasadzie nie ma tam zimowej trasy, ale jednak ludzie tamtędy chodzą. Musi też być niezła zabawa.

W końcowej fazie dolinka przekształca się w stromy, ciasny wąwóz, okolony kilkunastometrowymi ścianami. W tej chwili śnieg jest zupełnie rozjeżdżony. Taaak, rano, kiedy wszystko jest zmarznięte, musi to oznaczać niezłą ekwilibrystykę. Pewnie wtedy trzeba by się było przesiąść na raki.

Dochodzę do schroniska z kolejnym opadem śniegu. Tym razem potrwa on dłużej, zamieniając się w zadymkę. Kiedy rano wstaniemy, wszystko będzie przykryte świeżym śniegiem. Rozpoczniemy odwrót. Znaną drogą, tyle że tym razem nie w nocy, a przy świetle dziennym.
Obok mojego wozu zastaniemy jeszcze kilka innych. Tym razem wjedziemy na teren kamieniołomu w godzinach pracy. Przejeżdżając pod znakiem zakazu ruchu, zatrzymam się przy robotnikach.
- Mogę tędy przejechać?
Popatrzą ze zdziwieniem, wzruszą ramionami.
- Pewnie, proszę jechać śmiało.
Mam nadzieję, że to nie jest żart, że nie staranuje mnie jakaś koparka i nie ugrzęznę w zwałach błota, tylko dojadę szczęśliwie do domu. Trzeba dojechać w jednym kawałku, by móc znowu tu wrócić i wejść na kolejne szczyty. Tu... albo w jakieś inne góry.

galeria: Hinterbichl - Johannishütte - Hinterbichl
galeria: Johannishütte - Großvenediger - Johannishütte
galeria: Johannishütte - Hoher Zaun - Johannishütte

Powrót do menu